niedziela, 13 sierpnia 2017

Wróciłam, bo...musiałam, czyli realia pracy za granicą

Witam Was w niedzielny wieczór. Długo zastanawiałam się, czy pisać ten post. Miałam go opublikować zaraz po powrocie do Polski, ale stwierdziłam, że poczekam, aż opadną emocje i będę mogła spojrzeć na to z perspektywy czasu.

Część z Was wie, że wyjechałam do Holandii w celach zarobkowych. Nie ukrywajmy, każdy ma jakieś potrzeby, wydatki i plany. Moim było zarobienie pieniędzy na kilka 'potrzeb' i odłożenie 'jakiejś' sumy, która bardzo przyda mi się w przyszłym roku. Plany były, chęci do pracy też. 
Razem ze znajomymi wybraliśmy biuro Sherpa, które zaplanowało nam wyjazd. (o całym wyjeździe i pobycie również napiszę).

Końcem czerwca uśmiechnięci i pełni nadziei wsiedliśmy do busa z przesiadką do autokaru i wyruszyliśmy w drogę do pracy. Biuro zapewniło nas, że trafimy do jednej firmy z, którą podpisaliśmy umowę. Mieliśmy świadomość tego, że możemy być w różnych miejscach i na różnych stanowiskach, jeśli pracy w danej firmie(przyjmijmy firma X) nie będzie. Tak się złożyło, że już po przyjeździe pracy nie było i pierwszego dnia mieliśmy na tablicy 'free'. Super, no ale nic, zdarza się, poczekamy. 


W poniedziałek ok godziny 6 pukanie(o przepraszam-walenie) do drzwi. "Pani Gabriela K. za 15 minut depart na X". Dali mi 15 minut na ubranie, wrzucenie rzeczy do plecaka i dawaj się 'odhaczyć', czyli potwierdzić swoje przybycie do biura i oczekiwanie na transport do pracy. W 7 minut byłam gotowa(nie pytajcie, jak, bo do tej pory nie umiem tego wyjaśnić), telepałam się cała. Jak się okazało jechał jeden chłopak, którego w całym tłumie ludzi musiałam znaleźć. Nie będę pisać o szczegółach, bo post nigdy by się nie skończył. Po przejściach trafiłam do firmy X i? Pocałowałam klamkę w czasie, kiedy chłopak odjechał. Jakaś masakra. Stoję sama, biedna pod halą i nic, jakimś cudem uruchomiłam domofon, w którym po dobrych kilku minutach usłyszałam coś w stylu 'Oja'. Na co ja"Oja Gabriela K'- teraz mnie to bawi, ale wtedy chciało mi się płakać. 
   Super, trafiłam i co dalej, jak w całym budynku nie ma nikogo? Trafiłam na halę, gdzie nie było żywej duszy(tu historia dłuuuuga). Tego dnia udało mi się jakoś dogadać z Holendrem i zaczęłam swój pierwszy dzień.
    
   Bardzo chciałabym opisywać szczegóły, ale zdaję sobie sprawę z tego, że i tak 90% nie dobrnęło nawet do tego akapitu. Po 3 dniach zostałam 'przerzucona' do firmy Y, bo w X rzekomo nie było pracy. Kolejna umowa i z ogórków przebranżowiłam się na pomidory. Trafiłam do kolejnej szklarni, gdzie razem z kuzynką miałyśmy zbierać pomidorki koktajlowe. Wszystko spoko tylko szkoda, że według umowy nie powinnam podnosić więcej niż 15kg. Rzeczywistość była taka, że podnosiłam skrzynki ważące prawie tyle co ja i pchałam wózek, którego waga dochodziła do 200kg. Sam zbiór był nie tyle ciężki, co wymagał szybkości, sprawności i wytrzymałości nie tylko fizycznej, ale i psychicznej, bo praca była monotonna. Dzień w dzień to samo. Po tygodniu naciągnęłam mięsień i nie mogłam podnieść lewej ręki(koszmar, tylu tabletek przeciwbólowych nie wzięłam chyba w ciągu ostatnich 10lat). Generalnie nie miałabym na co narzekać, praca była ok. Wiadomo brudna, ciężka itd, jak to za granicą, ale była.

   Problem w tym, że po dwóch dniach pracy okazało się, że godzin jest mniej. Z dnia na dzień coraz mniej. Ostatnie 2 tygodnie pracowałam po 4-5h, co było po prostu śmieszne przy kwocie, którą musiałam płacić tygodniowo za bungal i jego warunki. Wiem, że nie powinnam przeliczać, ale w zł miałabym wypasioną kawalerkę prawie w samym centrum miasta. Do tego ciągłe sprawdzanie i kontrolowanie, czy wypłacili dobrze, czy godziny się zgadzają. 
   I tak doszłam do momentu 'dość, wracam do Polski'. Jaki był sens siedzieć całymi dniami i nie robić nic, płacić kolosalne sumy po to, żeby tam być? Żaden. To, co miałam zarobić, a to z czym wróciłam do olbrzymia różnica. Nie chciałam wracać, nie wróciłam, bo nie wytrzymałam fizycznie czy psychicznie. Wróciłam, bo musiałam, bo finansowo siedzenie w Holandii było nieopłacalne i byłam coraz bliżej etapu, gdzie zarabiałabym wyłącznie na zakwaterowanie.

Takim oto sposobem Sherpa doprowadziła do mojego bardzo przedwczesnego powrotu. Firma zarobiła na mnie i na mojej głupocie, a ja straciłam sporo,bo wyjazd wiąże się ze sporym wydatkiem. To, co jest pocieszające to fakt, że decyzję podjęłam w dobrym momencie i wróciłam zanim wyszłam na minusie. Z całej tej sytuacji cieszy się najbardziej mama, bo w końcu ma mnie przez dłuższy czas, a uwierzcie u mnie nigdy pracy domowej nie brakuje.

Myślę jeszcze nad napisaniem dla Was postów, w których szczegółowo opiszę , jak funkcjonuje Sherpa i o tym, jak wygląda pobyt w Holandii. Może dzięki temu kilka osób ustrzegę przed pewnymi sytuacjami lub przygotuję na małe piekiełko :)
PS. zdj pochodzą z internetu

16 komentarzy:

  1. Ehh, nie zawsze dobrze się trafi za granicą... Szkoda, że spotkało to też Ciebie

    OdpowiedzUsuń
  2. fajnie, że to opisałaś, szkoda że tyle dźwigania itp. :(

    OdpowiedzUsuń
  3. współczuję Ci kochana, ja nigdy nie zaryzykowałam bo wiem, że nie nadaje się do pracy za granicą, mam zbyt słabe nerwy na takie przygody. dobrze, że wróciłaś.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dlatego ja się tam nie wybieram póki co, chyba że będzie to coś pewnego, czyli raczej załatwione prze rodzinę ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Szkoda że tak kiepsko trafiłaś :(

    OdpowiedzUsuń
  6. Przykro, że tak się to wszystko u Ciebie potoczyło. Szkoda, że trafiłaś na taką firmę. Dużo osób bardzo sobie chwali pracę w Holandii, ale nie dziwię się, że wróciłaś po takim czymś.

    OdpowiedzUsuń
  7. Jestem pełna podziwu że wytrzymałaś tak długo.. ja po tygodniu byłabym już w drodze powrotnej do Pl. W zeszłym roku byłam u znajomych Francuzów mojej przyjaciółki, która jeździ tam od 4 lat na winogronie, świetna atmosfera, praca nie najgorsza i zarobek też super, także polecam wypróbowane źródła. :) Szkoda że tak źle trafiłaś ;/

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja miałam dokładnie tak samo, gdy pojechałam do Holandii. I to nieważne, z którego biura pojedziesz na jakie prace. Dla jednych praca jest cały czas, a dla drugich co drugi dzień po 3h. Osobiście pracowałam przez 3 miesiące i szczerze powiedziawszy to nie żałuję ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. W Polsce w niektórych firmach też jest tak ciężko. W umowie (i to zleceniu) masz pakowanie w zgrzewy (drukarnia), a pchasz palety nie po 200kg, ale po 800kg, dochodzące do tony. Bo niestety tyle ważą zeszyty w twardej oprawie. A ja nastanęłam na karton i złamałam nogę. Koniec wakacyjnej pracy... Także znam Twój ból.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja także byłam w Holandii ale miałam pracę załatwioną przez mojego wujka i według mnie to jest najlepszy pomysł, żeby przyjechać do kogoś. Generalnie jak się przyjeżdża za granicę do pracy to przede wszystkim nie powinno się ściemniać że się pracuje (bardzo dużo historii już słyszałam) no i tyle :) Najwięcej zależy od firmy przez którą się pracuje, to ona zapewnia pracę oraz nocleg, po jakimś czasie najlepiej poszukać sobie pracy oraz mieszkania na własną rękę :)

    OdpowiedzUsuń
  11. ojej szkoda, że tak wyszło ;(

    OdpowiedzUsuń
  12. Ja bardzo ciesze sie, ze wrocilas. Chociaz myslalam, ze pojeeziesz, zarobiez. Sama Cie do tego namawialam, ale kto wiedzial... :( dobrze, ze to masz juz za soba :* teraz musimy sie jakos spotkac :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Ojej, współczuję takich doświadczeń :/

    OdpowiedzUsuń
  14. Czekałam na ten wpis bo za tydzień jadę właśnie do Holandii. Na szczęście do kogoś, więc pracę mamy już załatwioną i wszystko umówione. Praca legalna z umową, szansą na umowę na czas nieokreślony, zakwaterowaniem, zameldowaniem. Mam nadzieję, że nie będę wracała z płaczem, bo planuję tam pobyć dłużej a może nawet na stałe. Współczuję, że spotkała Cię taka przykrość związana z pracą. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  15. O moich doświadczeniach w Holandii mogłabym powieść napisać.. a firmę Sherpa zdążyłam poznać osobiście bo już miałam z nią podpisaną umowe ale na szczęście w ostatniej chwili zrezygnowałam (też sporo by opisywać). Ale później wcale lepiej nie trafiłam. Brak pracy,mieszkanie w domku który miał być wyburzony i na 3 pokoje + salon mieszkało nas 16 osób. Kolejny wyjazd był już znacznie lepszy no i lepsza agencja ale ludzie okropni. 3 agencja tak samo,praca w kratkę a jak już była to nigdy się nie wiedziało czy idzie się do pracy na 8 godzin czy 16, przy czym bardzo ciężka i nie było się kiedy nawet w głowę podrapać bo stali nad Tobą i patrzyli. Hitem było to jak w naszym bloku wybuchł pożar. Ewakuacja wszystkich około 23 w nocy. Wyszliśmy w piżamach i ręcznikach na głowie bo po kąpieli. Staliśmy przed blokiem do 2 w nocy zanim ugasili. Po powrocie baliśmy się zasnąć bo śmierdziało dymem i byliśmy osłabieni a tu pobudka o 5 do pracy. Rano zdecydowaliśmy się zadzwonić do agencji i poinformować o całej sytuacji i że w pracy się nie pojawimy tego dnia bo każdy źle się czuł. Usłyszeliśmy, że takie sytuacje się zdarzają (jak pożar) i że jest to normalne i to nie powód aby się w pracy nie pojawić. Więc mieliśmy wybór, albo zebrać się w 10 minut i iść do pracy albo pakować i wracać do polski. Jeszcze nigdy nie pracowało mi się tak tragicznie jak wtedy, oczy czerwone przez brak snu, głowa bolała od dymu, a dzień wcześniej też cały na nogach bo o 5 pobudka a po 21 byliśmy dopiero w mieszkaniu no i zdążyliśmy tylko zjeść, wykąpać się i ewakuacja :/ Takze przekonałam się już niejednokrotnie, że agencje mają pracowników za nic.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy komentarz. Staram się odpowiadać na większość z nich:)